Kuchnia musi się kojarzyć ze stołem, ciepłym posiłkiem i Mamą lepiącą pierogi. Na kuchennym stole można czarować kulinarnie lub zwyczajnie przy nim siedzieć popijając gorącą ziołową herbatę.
Jedno jest pewne - stół w kuchni, to ważna rzecz. Istotne, aby miał duszę, starą duszę :-) Stary stół ma starą duszę. Taki, przy którym Dziadkowie siadywali o poranku, by opowiadać sobie nocne sny lub planować kolejny wspólny dzień życia.
I taki właśnie - stary, przedwojenny stół wpadł w moje ręce amatorki renowatorki :-)
Stół był bardzo zniszczony, ale mocne drewno nóg zachęciło, aby powalczyć o jego kolejne wcielenie. Malowany, pewnie wielokrotnie, po zdjęciu osłaniającej go ceraty pokazał swoje nagie oblicze.

Pierwszym etapem było zdjęcie grubej warstwy farby. Użyta została do tego celu opalarka, a nawet dwie opalarki dzięki pomocy Moniki :-) Dziękuję, Moniś za zaangażowanie i pomoc - wszystko zostanie w rodzinie :-) Na cztery ręce, z użyciem szpachelki, zdzierałyśmy pożółkłą farbę. Praca mozolna, w chemicznych oparach... brrr...
Z pomocą przyszedł nam mój brat Łukasz, który podłączył swoje szlifierki rotacyjne, co pozwoliło przyspieszyć proces usuwania resztek farby i gładzenia powierzchni.
Po skończeniu szlifowania nóg, zajęliśmy się blatem. I tutaj niespodzianka - wyglądający na łatwy do oczyszczenia, blat okazał się istnym koszmarem! Nie pamiętam już, ile razy chciałam wszystko rzucić i dorobić nowy blat, ale wiele..., bardzo wiele razy... Blat był ewidentnie wymieniany w międzyczasie, pewnie już po wojnie i użyto do niego miękkiego drewna iglastego. Pod wpływem ogrzewania wysoką temperaturą opalarki, paliła się żywica! O ile zapach był piękny, leśny, o tyle efekt wizualny fatalny. Do tego doszedł problem z oporną farbą - z trudem udawała się oddzielać od drewna.
Na szczęście szlifierka zniwelowała większość nierówności, ale nawet wolę nie wspominać, ile to pracy kosztowało mojego brata! Blat wymagał gruntownej naprawy, szpachli i skutecznego rozwiązania problemu odłamanego przodu blatu.
W międzyczasie nałożyłam pierwszą warstwę farby na nogi i boki, aby lepiej widzieć, gdzie nałożyć szpachlę przed kolejnym malowaniem. Chodziło o to, aby stół ukazywał swoją historię, swój naturalny rys, ale pozostawał estetyczny, odświeżony. Użyłam farby białej, która nie żółknie, choć pewnie bardziej naturalny byłby odcień właśnie żółty, stylizowany na stary. Ale przyznam, że sceptycznie odnoszę się do przesadnej stylizacji. Do tego należy pamiętać, że stół będzie się prezentował na tle białych kafli na ścianie. Nie może być pożółkły :-)
Stary kuchenny stół spełnia swoją rolę :-) Wnętrze szuflady pomalowałam na szary odcień niebieskiego i uwielbiam zaglądać do środka, aby zobaczyć, jak prezentują się przechowywane w szufladzie stare lniane ściereczki :-)